Właśnie zdałam sobie sprawę, że mam bałagan. Olbrzymi burdel. W pokoju, w torebce, w plikach na dysku twardym, w kalendarzu i w menu... Ale przede wszystkim w głowie. Dżem o smaku owoców leśnych schowałam do lodówki, zielona herbata jeszcze stoi przede mną, wypita do połowy. Nie potrafię zdecydować, czy mam ochotę dopić ją do końca, przecież zdrowsza... Czy lepiej zaparzyć ulubioną czarną herbatę, która co prawda średnio korzystnie wpływa na organizm, ale ach! jak smakuje... Zabawna rzecz, herbata owocowa poszła w odstawkę bez większego bólu.
Może po prostu dla większej przyjemności najpierw zafunduję sobie szybką earl grey, a zieloną zostawię na później... i na dłużej?
Troszkę prostolinijności nie zaszkodzi, tak dużo się obecnie dzieje, że nie mam siły na wyrafinowane czyny lub wzniosłe myśli. Zostało mi jakieś półtorej godziny na wyprowadzenie psa, wzięcie prysznica, umalowanie się i ugotowanie obiadu. Ahoj, przygodo!
biały dom
chodź, schowamy się
na zewnątrz tak gorąco
9 rano
34 stopnie celsjusza
love it
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz